Tytuł: Zaklęcie dla Cameleon
Autor: Piers Anthony
Cykl Wydawniczy: Xanth, tom 1
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 07. 03. 2012 r.
Ilość stron: 448
Moja ocena: 3/6
Xanth. Kraina, która od dawna mnie kusiła i
zapraszała do odwiedzin. Przeczytałam kilka recenzji, napatrzyłam się na
okładkę nowego wydania i… postanowiłam spróbować, zwłaszcza, że jeden z moich
ulubionych blogerów napisał: Mimo kilkudrobnych wad „Zaklęcie dla Cameleon” to nie płaskie, nudne fantasy, awciągająca lektura, zarówno dla starszych, jak i młodszych czytelników. I
tak polowałam, polowałam, aż w końcu upolowałam Zaklęcie dla Cameleon w
wersji audio, dzięki czemu po raz pierwszy spróbowałam połączyć monotonną nocną
zmianę z przyjemnością obcowania z literaturą. I jak przekonałam się do
audiobooków, tak pan Anthony nie
porwał mnie swoją wizją. Po części to wina autora, a po części sposobu „czytania
książki”, ale o tym za chwilę.
Po pierwsze: czym jest Xanth i o co w ogóle chodzi z
tym całym „zaklęciem”? Otóż Xanth to miejsce przesycone magią. Każdy
mieszkaniec tej krainy posiada jakiś talent magiczny, a i nadnaturalnych
stworzeń/roślin też spotkamy od groma. Jednak Bink, główny bohater powieści,
jako jedyny w swej wiosce nie przejawia żadnej nadnaturalnej zdolności. To
znacznie komplikuje jego życie. Nie dość, że od dzieciństwa narażony jest na
kpiny ze strony swych utalentowanych rówieśników (nawet, jeśli darem jest
umiejętność wyświetlenia plamki na ścianie), to dodatkowo czeka go wygnanie:
niemagiczni osobnicy nie mają prawa żyć na terenie Xanthu. Binka czeka zatem
nie tylko rozstanie z rodziną i ukochaną dziewczyną, ale także wędrówka do ziem
pozbawionych magii i tym samym całkowicie mu obcych. Ostatnią deską ratunku
jest wyprawa do czarodzieja, który może odkryć ukryty talent Binka (bo Bink
ciągle ma nadzieję na to, że dar jakiś posiada) i tym samym uchronić naszego
bohatera przed wygnaniem. Bink wyrusza więc w pełną przygód i niebezpieczeństw podróż
do zamku Humfrey’a, podczas której dowie się (a my wraz z nim) sporo o naturze
Xanthu i przewrotności kobiecej natury.
Kobiety… To coś, z czym nasz bohater będzie się
borykał przez całą swoją wędrówkę. Można nawet powiedzieć, że Bink posiada
swoisty magnes, którym przyciąga różne zwichrowane psychicznie przedstawicielki
płci pięknej. Z resztą, ten sam magnes z powodzeniem przyciąga do chłopaka
wszystkie możliwe komplikacje i niebezpieczne sytuacje. Co więcej: nie wiadomo
dlaczego, ale z pozoru nic nie warty młodzian wzbudza wręcz chorobliwe
zainteresowanie w napotykanych kobietach/samicach. Pozornie zupełnie bez sensu,
w Xancie bowiem brak magii równa się z byciem totalnym zerem. Bink nie jest jednak
całkowicie bezużyteczny: ten młody mężczyzna posiada przenikliwy umysł
(nieważne, że przy kobietach przenikliwość idzie w kąt), i, co najważniejsze: pragnienie
poznania natury otaczającego go świata, które przybliża i jemu, i czytelnikowi
rzeczywistość Xanthu. Ale to tylko pierwsza warstwa historii: pod nią ustawicznie
przewija się zdecydowanie irytujące podejście autora do kobiet. Nie byłoby
przesadą nazwać Piersa Anthony’ego
szowinistą: według niego, czy też przebojów Binka, kobiety są źródłem niemal
wszystkiego zła na świecie, a biedni mężczyźni muszą się albo użerać z
przemądrzałymi heterami, albo otaczać opieką ( i, a jakże, użerać się!) z
pięknymi, acz głupimi dziewczętami. Już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów
książki można zauważyć zbyt „męskie” podejście do kobiet, a im dalej zagłębiamy
się w lekturę, tym bardziej przeróżne drętwe żarty zaczynają najzwyczajniej w
świecie nużyć(dobrze, że sama do płci pięknej mam dość duży dystans, inaczej Piers mógłby mnie nie tylko nużyć, ale
i irytować).
Przeczytałam gdzieś, że książki Piersa Anthony’ego są przeznaczone zarówno dla nastolatków, jak i
seniorów. I po części z takim twierdzeniem mogę się zgodzić: rozterki Binka,
jego przeboje z płcią przeciwną są zapewne bliskie młodym ludziom borykającym
się z burzą hormonalną i pierwszymi „poważnymi” uczuciami. A i seniorzy znajdą
dla siebie kilka smaczków, choćby przez wyszukiwanie wszelakich analogii z
znanymi mitologiami czy legendami. Nawiązań takich w Zaklęciu dla Cameleon
jest bowiem mnóstwo, można by wręcz stwierdzić, że cały Xanth to po prostu mix
tych elementów magicznych, jakich w danym momencie autor potrzebował. I gdyby tylko skupić się na powyższym akapicie,
to spokojnie można uznać historię Xanthu za rzecz ciekawą i wartą
zainteresowania. Tylko że nie wszystko jest tak kolorowe, jak by się wydawało
na pierwszy rzut oka.
Akcja toczy się jak zdezelowana furmanka, powożona
przez farmera, u którego stwierdzono chorobliwe gadulstwo i tendencję do
generalizowania. Nawet gdy pojawiają się jakieś zwroty akcji, to po krótkiej
chwili przestają być emocjonujące, a my czekamy jedynie, by dojechać do celu i poznać
zakończenie przegadanej historii. Woźnica też zaczyna nas szybko nudzić: jego
żarty pochodzą sprzed wielkiego potopu, częściej wzbudzają uśmiech politowania
niż szczerą radość, a oczywistość jego stwierdzeń raczej nie powala na kolana. Młody
czytelnik otrzymuje zatem opowieść o gapowatym „bohaterze”, którego otaczają
udziwnione stwory, a czytelnik doświadczony musi przełknąć mieszankę (chwilami
pomysłową, owszem) mitów i legend, przetykaną zwietrzałymi i nawet nie
rubasznymi, co zwyczajni nudnymi wtrąceniami na temat wojny płci.
Szkoda, że Piers
Anthony nie zdecydował się na konkretniejsze określenie grupy docelowej swej
powieści. Wolałabym, aby Zaklęcie dla Cameleon było albo
bardziej dorosłe i brutalne, albo magiczne i cukierkowe: w ten sposób
potrafiłabym docenić powieść jako coś dla dorosłych lub dla dzieci/młodzieży. Prosty
i łopatologiczny styl autora, połączony z typowo dorosłymi spostrzeżeniami
sprawia, że dzieło nie satysfakcjonuje w pełni żadnej grupy wiekowej ( a
przynajmniej nie satysfakcjonowałby mnie jako młodej nastolatki i nie
satysfakcjonuje mnie jako dość dorosłej kobiety), i zamiast skłaniać do
refleksji nad jakimiś poważnymi kwestiami rodzi w głowie pytania odnośnie tego,
jak można by było napisać to wszystko ciekawiej.
Być może wyrosłam z Xanthu, być może jestem jeszcze zbyt
młoda i zbyt mało we mnie zgorzknienia, ale Anthony mnie nie przekonał, dla mnie było to jednak płaskie i
dlatego znajomość z serią ograniczę tylko do czytania waszych recenzji:
zdecydowanie wolę poświęcić swój czas na książki bardziej wartościowe.