18 wrz 2012

Conan i skrwawiona korona, Robert E. Howard


Tytuł: Conan i skrwawiona korona
Autor: Robert E. Howard
Cykl wydawniczy: Conan
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 21.08.2012
Ilość stron: 520
Moja ocena: 5/6

Conan i skrwawiona korona, druga odsłona serii poświęconej oryginalnym tekstom o Cimmeryjczyku, była jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku, zwłaszcza dla czytelnika, który w ramach oddechu od pozornie ambitnych dzieł łaknął kontaktu z klasyką w najbardziej stereotypowym znaczeniu tego słowa. W odróżnieniu od Conana i pradawnych bogów, gdzie zaoferowano nam trzynaście opowiadań, jeden wiersz i rozbudowaną varię, w Conanie i skrwawionej koronie zaspokojony został gust tych, którzy od krótkich utworów wolą dłuższe formy, pretendujące do miana powieści. W drugiej części przygód Conana dostaliśmy jedynie trzy pełne teksty, będące próbą stworzenia przez Howarda „prawdziwej” książki, mającej realną szansę na normalne wydanie. 


Od razu rzuca się w oczy wyższość REBISowego wydania nad poprzednimi wersjami Howardowskich i okołohowardowskich historii. Po raz drugi mamy szansę zapoznać się z motywami nie tylko głównego bohatera, ale również i autora: dlaczego nie poprzestał on na wyrazistych opowiadaniach i spróbował swych sił w sztuce niepomiernie trudniejszej, jaką jest powieść? Wiadomo przecież, że przy tak dynamicznej postaci, jaką jest Conan, stworzenie historii „na 70-75 tys. słów [angielskich]”, mogło okazać się przysłowiowym strzałem w stopę. Niejednokrotnie spotkałam się z pisarzami genialnymi w formach skondensowanych, a totalnie nudnymi w opowieściach nieco dłuższych. I Howardowi częściowo owej nudy i przegadania nie udało się uniknąć, na szczęście jednak sympatia do głównego bohatera i samej epoki hyboryjskiej rekompensowały pewne dłużyzny, zwłaszcza w Godzinie Smoka, drugim tekście zbioru, będącym jednocześnie jego najdłuższym elementem. 


Sam Conan nadal pozostaje tym znanym nam dobrze barbarzyńcą, o niespożytej sile mięśni i nadludzkiej wręcz woli przetrwania. Tak samo jak we wcześniejszych opowiadaniach, tak i tutaj kobiece wdzięki oddziałują na Cimmeryjczyka ze zdwojoną siłą, a i niejednokrotnie to właśnie płeć piękna ratuje awanturnika z opresji. Patrząc na samą powierzchowność bohatera, nietrudno dziwić się temu, że wielu niewiastom miękną kolana na sam jego widok. Umięśniony, przystojny, o przeszywającym spojrzeniu, z posturą będącą czystym odzwierciedleniem siły i zwierzęcego refleksu jest postacią z pewnością atrakcyjną, zyskującą jeszcze więcej przy głębszym poznaniu. Conan jest bowiem nie tylko bezmyślną górą mięśni: pod powłoką klasycznego barbarzyńcy znajdujemy człowieka o wielkich ambicjach, przenikliwym umyśle i ostrej jak brzytwa inteligencji, przytłumianej jedynie chwilowo przez piękne dziewczyny lub kolejne ciosy w głowę. Swoją drogą, o samej wyższości Conana nad innymi popularnymi bohaterami heroic fantasy może świadczyć wytrzymałość jego czaszki. Połączenie prostej, ale nie prymitywnej, filozofii i atrakcyjnego wyglądu zdają się być idealnym wabikiem na najpiękniejsze kobiety królestwa. 

 Jeśli mowa o filozofii, to w Wiedźma się narodzi możemy spotkać się z nieco okrutnym, ale sprawdzonym podejściem do roli, jaką odgrywają warunki bytowe wobec mężności i siły narodu. Słowa: „Potrzeba ucisku i znoju, by wzmocnić w ludziach odwagę i wlać piekielny ogień w ich mięśnie” wypowiedziane do pustynnego wodza Olgerda tuż przed obaleniem jego rządów okazują się idealnym przykładem na wyższość barbarzyństwa nad ludami cywilizowanymi, a także receptą na kolejne sukcesy Conana. Daje się bowiem zauważyć pewna prawidłowość w kolejnych przygodach bohatera: za każdym razem, gdy zdobywa on władzę nad jakimś ludem czy choćby grupą ludzi, to są to osoby w jakiś sposób doświadczone przez los, to weterani życiowych potyczek. Takim człowiekiem, po części, jest też sam Cimmeryjczyk: urodzony na polu bitwy, całe życie walczący z przeciwnościami, uczestnik niezliczonej ilości bitew i przewrotów staje się najlepszym materiałem na wodza tych ludów uciśnionych przez pozorne elity. 

Niezmiernie ciekawe jest również negatywne podejście bohatera do spraw nadprzyrodzonych: nic tak go nie przeraża i nie wprawia we wściekłość jak konieczność obcowania lub walki z magami, czarownicami czy pradawnymi stworami. Fakt ten zastanawia podwójnie chociażby dlatego, że przecież zasadniczo barbarzyńcy, czyli ludzie de facto prymitywni, powinni bardziej naturalnie znosić emanacje sił „wyższych”. Tymczasem, podobnie jak w opowiadaniach zawartych w pierwszym tomie, tak i w tych trzech odsłonach przygód Cimmeryjczyka, widoczny jest zdecydowany dystans naszego protagonisty do magii wszelakiej. Co więcej, Conan wręcz wyznaje zasadę, iż z magią/religią/czarnoksięstwem można albo współżyć, ignorując temat, albo likwidować problem za pomocą miecza. Nawet fakt, iż w Godzinie Smoka to właśnie przedmiot magiczny okaże się najbardziej kluczowym dla całej intrygi, a zdarzenia nadnaturalne wystąpią częściej niż zazwyczaj, nie zmieni ani o krztynę podejścia bohatera do tego ważnego składnika całej epoki hyboryjskiej. W tym szaleństwie tkwi jednak metoda! Robert E. Howard, tworząc postać niezależną od zazwyczaj najczęściej ratującego sytuację motywu, unika tym samym stworzenia herosa ze wszechmiar niepokonanego. Ktoś mógłby stwierdzić, że koniec końców Cimmeryjczyk i tak zawsze wychodzi z każdej sytuacji obronną ręką. I będzie miał rację. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, w której Conan prócz swej siły i wytrzymałości dzierży w rękach narzędzia naznaczone znamionami magicznymi: połączenie tych wszystkich atrybutów sprawiłoby, że żaden przeciwnik nie miałby szansy na stawienie jakiegokolwiek oporu. Tym samym nie sposób byłoby stworzyć opowieści o właściwej dynamice i wiarygodności: w szranki z Cimmeryjczykiem musieliby stawać jedynie bogowie, każdy inny przeciwnik byłby z miejsca miażdżony. A tak pojawienie się elementów nadnaturalnych wymaga od Conana zaangażowania nieco większej siły niż zazwyczaj plus uruchomienia szerokich pokładów inteligencji i sprytu. I choć każda historia z góry ma znane nam zakończenie, choć wiemy, że główny bohater przeżyje, to swoistą zabawą jest śledzenie ścieżek, jakimi podąża barbarzyńca. 


Drugi tom opowieści o Conanie, prócz różnicy w formie przedstawiania historii, na szczęście nie różnił się zbytnio od tomu pierwszego. Po raz kolejny dostaliśmy do ręki studium nad barbarzyńcą i samym barbarzyństwem będącym pewnym kontrastem dla szeroko pojętej cywilizacji. Otrzymaliśmy również ogromną dawkę klasycznego Howarda, który pod otoczką prostoty i nieco pulpowego charakteru dzieła potrafił przemycić sporą dawkę historii i filozofii. Zamieszczone w Skrwawionej Koronie szkice i wersje bez tytułu dodatkowo rzucają światło na to, jak powstawały te kultowe opowieści. A prócz tego, dla każdego książkoholika gratką będzie przytoczony fragment listu Howarda traktujący o tym, jak wiele poświęceń wymagało od niego inwestowanie w literaturę. Być może to drobne przypomnienie prostego faktu: czasem lepiej „skąpić i oszczędzać”, by kupić kolejną wartościową publikację. A jeśli zastanawiacie się, czy opłaca się wydać te kilka złotych na podobno(!) przebrzmiale opowieści o pewnym barbarzyńcy, to zapewniam: warto! Choćby po to, by na kilka godzin przenieść się do świata, w którym siła ramion, ostry miecz i piękne kobiety grają pierwsze skrzypce.



Recenzja napisana dla portalu: