22 mar 2012

Przedpremierowo dla Fantasty: "Łowca złodziei" Stephen Deas



Tytuł: Łowca złodziei
Autor: Stephen Deas
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 22. 03. 2012 r.
Ilość stron: 320
Moja ocena: 3/6


 
Obrodziło nam ostatnio złodziejskimi historiami – co chwilę albo z tytułu powieści woła do nas złodziej, albo łotrzykowski fach jest głównym zajęciem poznawanych bohaterów. Nie sposób dziwić się takiemu wyborowi tematyki, w końcu często to złodziejaszki mają dostęp do najlepiej strzeżonych miejsc w królestwach, to oni przemykają niezauważeni przez mroczne zaułki, a ich brawura i poczucie humoru niejednokrotnie ratują z opresji całą drużynę. Ileż jednak można czytać o perypetiach osobników, których palce wykazują lepkość większą niż należy ? Z czasem zaczyna to nużyć, dlatego Stephen Deas, znany niektórym jako autor Adamantowego Pałacu, serwuje nam opowieść o ludziach, których zadaniem jest likwidowanie złodziejskiego półświatka. Dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka mamy możliwość zagłębienia się w losy dwóch osobników parających się tym niebezpiecznym fachem.

Berren jest nic nieznaczącym, kilkunastoletnim kieszonkowcem w Deepheaven, mieście, przez które jakiś czas temu przetoczyła się wojna domowa. Obecnie konflikt został zażegnany, ale pozostawił po sobie spadek w postaci dzieci poczętych podczas kampanii i porzuconych na pastwę losu. Z jednego z przepełnionych sierocińców oprych Siekiera wykupuje Berrena, by wcielić go do swojej grupy młodocianych złodziejaszków. Chłopak jest zadowolony ze swojego obecnego życia, aż do dnia, w którym z czystej głupoty postanawia okraść łowcę złodziei. Brawurowy wyczyn Berrena okazuje się momentem przełomowym w jego życiu – łowca Syannis zamiast ukarać chłopca, odkupuje go od Siekiery i rozpoczyna żmudny proces kształcenia swego następcy, obejmujący zarówno etykietę, jak i informacje dotyczące mechanizmów rządzących miastem. W przerwach między kolejnymi lekcjami dobrych manier uczeń i mistrz usiłują rozwiązać zagadkę pirackich napadów w deepheaveńskim porcie, a intryga okazuje się nagle zakrojonym na szeroką skalę procederem.

Łowca Złodziei to pierwszy tom zapowiadanej trylogii i niestety czuć to wyraźnie podczas lektury. Przez pierwsze sto stron akcja wlecze się mozolnie i trzeba mieć dużo wytrwałości, by doczytać do momentu, w którym realnie zaczyna się coś dziać. Wiadomo, że przy większych seriach wręcz niewskazane jest ujawnianie wszystkich sekretów, jednak u Stephena Deasa takie oszczędne udzielanie informacji o świecie przedstawionym sprawia, że zdaje się on płaski i pozbawiony głębi. Nieco inaczej sprawa przedstawia się z głównymi bohaterami – Berren i Syannis idealnie wpisują się w ramy klasycznego ucznia i mistrza. Pierwszy jest pełen buntu, marzy o machaniu szablą i złością reaguje na próby nauczenia go czegoś w jego pojęciu nudniejszego i bezwartościowego. Chłopak ma własną, dziecinną i wydumaną, wizję tego, jak szkolenie powinno przebiegać i jak wygląda prawdziwe życie łowcy. Syannis natomiast ma swój sposób na okiełznanie byłego złodzieja i chce, by chłopiec przede wszystkim nauczył się funkcjonowania w normalnym społeczeństwie, w międzyczasie wpajając mu różne filozoficzne prawdy. Konflikt porywczej młodości i stonowanej dojrzałości jest tutaj wyraźnie zarysowany i, niestety, klasyczny aż do przesady. Motyw zadań, z pozoru niezwiązanych z wyuczaną profesją, a w końcu znajdujących zastosowanie w sytuacjach kryzysowych, znamy zarówno z literatury, jak i kinematografii i szkoda, że Deas nie wpadł na pomysł, by dodać wątkowi jakiejś świeżości. Być może zabiegiem ku temu miało być owianie tajemnicą przeszłości Syannisa, ale przecież każdy Mistrz czy Nauczyciel ma swoje sekrety, często okazujące się nierozerwalnie związane z fabułą.

Klasyczność, choć na usta ciśnie się określenie „schematyczność”, Łowcy złodziei jest jej najsilniejszą i najsłabszą stroną. Dlaczego najsilniejszą? Otóż w końcu mamy tutaj do czynienia z powieścią przygodową, skierowaną do ludzi pragnących pobiegać z bohaterami po niebezpiecznych zaułkach, czasem użyć szabli czy ciężkiej kuszy. I jako tego typu lektura Łowca... się sprawdza – nie mamy tutaj pomieszania gatunków, nadmiernie rozbudowanego świata czy setek bohaterów drugoplanowych, gdyż autor skupia się tylko i wyłącznie na głównym wątku, kilka razy jedynie dając przedsmak tego, co czeka na nas w kolejnych tomach. Z drugiej strony jednak książkę Deasa czyta się jak dzieło napisane według wypunktowanej listy „tego, co awanturnicza powieść zawierać powinna” i dla czytelnika choć trochę obeznanego z przygodową fantasy wszystkie te elementy okażą się lekko przestarzałe, ze względu na swoją klasyczność właśnie i przesadne nagromadzenie ich w jednej pozycji.

Sztuką jest napisanie czegoś nowego, tchnącego świeżością i nowatorskimi pomysłami, lecz Łowca złodziei pokazuje nam także, że operowanie na sprawdzonych schematach również bywa nie lada wyzwaniem, któremu nie każdy autor potrafi sprostać. Tym razem Stephenowi Deasowi nie udało się stworzyć książki porywającej. Samo zakończenie tomu daje jednak nadzieję na trochę lepsze tempo w następnej części przygód łowców złodziei, zwłaszcza, że to drugi tom nominowany został do nagrody David Gemmel Award for Fantasy, która przeznaczona jest dla powieści napisanych w duchu klasycznego heroic fantasy. Pozostaje więc mieć nadzieję, że niemrawy start Berrena to tylko pozory, a następna książka pozytywnie nas zaskoczy.


Moja ocena: 3/6

Recenzja napisana dla portalu:
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję panu Marcinowi Zwierzchowskiemu z wydawnictwa