7 paź 2011

Terry Pratchett: "Panowie i Damy" - witaj stary przyjacielu!!!!!!!


Och jak przyjemnie po długim rozstaniu wpaść do dobrego znajomego na kawę i pogaduszki. Pośmiać się z absurdów codzienności i zadumać nad przeznaczeniem. 

Tak samo przyjemnie jest po długiej przerwie przeczytać którąkolwiek część "Świata Dysku". Terry Pratchett to pisarz charakterystyczny, o specyficznym i niemożliwym do podrobienia stylu.

Kreowane przez niego postacie mają w sobie komizm i tragizm wymieszany w proporcjach niemal idealnych - choć niania Ogg tragizmu nie ma w sobie za grosz, ale to taki mały wyjątek, potwierdzający regułę... :)

"Panowie i damy" to kolejna z książek przedstawiających losy pratchettowskich czarownic. Spotykamy je tuż po powrocie z wielkiej wyprawy opisanej w poprzedniej części. 
Magrat ma zostać królową, trwają intensywne przygotowania do uroczystości, a sama zainteresowana usiłuje znaleźć cokolwiek ciekawego w byciu królową. 


I wszystko byłoby być może w porządku gdyby nie pewna nadgorliwa młoda dama chcąca zostać czarownicą w bardzo ku temu nieodpowiednim momencie. Bowiem nadszedł czas kręgów, granice między wszechświatami stają się coraz bardziej cienkie i Lancre znów staje przed groźbą powrotu elfów. Ktoś mógłby się zdziwić - przecież elfy to istoty miłujące przyrodę, piękno i na wskroś dobre.
 Niestety ( a może "stety") u Pratchetta elfy są złe. I to nie tylko złośliwe, ale na wskroś złe, pełne dumy, poczucia wyższości i pragnienia niszczenia wszystkiego, co tylko nie jest według nich nieużyteczne. Elfy są też potężne - oddziałują na ludzkie umysły i są niesamowicie śmiercionośne. 
Co w takiej sytuacji może poradzić Magrat zajęta rozszyfrowywaniem instrukcji obsługi królewskich sukien, Babcia Weatherwax przeczuwająca swoją śmierć i gubiąca się sama w swojej psychice  czy Niania Ogg, wiecznie zajęta podkradaniem przekąsek?

 Jeśli dodamy do tego grupę Lanre`ańskich tancerzy mierzących się z wysoką sztuką, krasnoluda uwodziciela, niezastąpionych Magów z Niewidzialnego Uniwersytetu i jedynego w swoim rodzaju bibliotekarza to otrzymamy potężną dawkę humoru.

Terry mnie nie zawiódł. Czarownice w pełni spełniły swoje zadanie, a bibliotekarz po raz kolejny przypomniał, że "małpa" i "małpiszon" różnią się od siebie tak jak różni się od siebie dostanie od bibliotekarza banana a spuszczenie przez niego nam potężnego łomotu. Bo, jak wiadomo - z czarownicami i z orangutanami się nie zadziera, gdyż są to bardzo złośliwe, pamiętliwe i potężne bestie :D

A panu, panie Pratchett dziękuję za uśmiech - sprawił się pan na piątkę. Mogę teraz w spokoju poczytać coś mniej tragikomicznego...

Naprawdę polecam tą książkę, jak każdą inną z serii "Discworld" . I nawet brak Marchewy jakoś mnie nie raził - Niania i Babcia wystarczą za oddział strażników ;)

Moja ocena: 6/6