
Miałam wczoraj opisać wrażenia z pierwszego weekendu pracy, lecz zabrakło mi sił. Napisać też trochę o "Stukostrachach", które (całe szczęście!) zbliżają się ku finałowi. A dzisiaj ponarzekać trochę na pogodę, powspominać pobyt na śląsku. Ale jako że powszechnie wiadomym jest, że z Sil jest gapa, to niestety nie było mi dane ani posiedzieć dzisiaj przy komputerze, ani nawet pospać dłużej jak do godziny 5.30. Dlaczegóż to? Otóż, jakimś cudem pomyliłam daty podpisu w cholernym urzędzi epracy i dzisiaj musiałam kombinować co zrobić by mnie nie wykreślili z tej jakże zacnej (sic!) instytucji.
Tak więc znów wyruszyłam w podróż, a jako umilacz czasu zabrałam ze sobą "Wampira z M3". I ani się nie obejrzałam, a wracajac do domu (o 19.30, połączenia mam po prostu piękne..) nie miałam już co czytać.
Czy oznacza to że pan Andrzej znów mnie zaczarował jak kiedyś Jakubem? Niestety, tym razem się nie udało.
Po pierwsze - czy Pilipiuk pisząc coś humorystycznego nie potrafi powstrzymać się od wtrącenia wątku najbardziej oryginalnego egzorcysty po tej stronie wszechświata?!? Jak już wspomniałam - Wędrowycza lubię, ale choć jego zawartość w "Wampirze" była śladowa, to jakoś ani mnie nie poruszyła, ani nie rozbawiła... To samo z żartowaniem ze "Zmierzchu" - niby coś się tam pojawia, ale MAŁO!
Całą książkę można podsumować w ten sposób: pan Andrzej wpadł na pomysł, zrobił szkic, a Fabryka Słów to wydała, nie czekając na jakieś konkretniejsze rozwinięcie.
Właśnie! I o samym wydaniu należałoby wspomnieć kilka ( i tu znów "NIESTETY!") niepochlebnych słów. Bo, o ile okładka jest ładna i przyciąga wzrok, tak wnętrze woła o pomstę do nieba. Absurdalnie duża czcionka (wiadomo dlaczego...) a do tego TRAGICZNE ilustracje to moje główne zarzuty. I nie chodzi tutaj o brak kolorów innych niż czerń i biel, a raczej o samą kreskę, któa podobnie jak fabuła wydaje się być robiona z marszu, bez głębszego przemyślenia. Już chyba wolałabym, aby ilustracji nie było w ogóle, pozostawiając wizerunki bohaterów mej plastycznej wyobraźni.
W skrócie - ksiażka słaba, i jedynie przez ogólną sympatię do Pilipiuka jestem w stanie ocenić ją wyżej niż "tragedia", gdyż muszę być szczera - kilka razy cień uśmiechu przemknął po mojej twarzy podczas czytania o absurdach PRLu a także o uroczej zaściankowości warszawiaków. Mimo wszystko, na usta ciśnie się słowo: MAŁOOOOO!. Mało akcji, mało poczucia humoru, a czasem i trochę konsekwencji zabrakło. A szkoda.
Ze spraw codziennych - okazuje się że moja waga jest wynikiem przyspieszonego metabolizmu, a stan ten zapoczątkowany po ciąży nie zamierza ustać. Czyli albo będę jeść jeszcze więcej, albo zacznę kupować jakieś odżywki, albo po prostu przyjmę do wiadomości że do końca życia przypominać będę rudowłosy wieszak na płaszcze ;P
No i mam dylemat: "Alicja" Piekary kusi, a przecież jeszcze trzeba przebrnąć przez coraz gorszą i groteskowo żałosną końcówkę "Stukostrachów" ( o Tolkienie milczę, na tego pana wolę mieć trochę więcej energii...).
I to by było na tyle. :)